*** fire escape ***
Ostatni konkurs Turnieju Czterech Skoczni w Bischofshofen. Hayböck, to twoja szansa, jak ją zmarnujesz to będę cię tak gnębić jak nigdy wcześniej.
Siadam na belce jako lider po pierwszej serii. Rozbieg, próg, telemark. Więcej już nie pamiętam, później to była już tylko wielka euforia. Zwyciężam konkurs, a ty zwyciężasz cały turniej, chociaż deptałem ci po piętach. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę. Nie dość, że ja sam w końcu spełniam swoje marzenie, to patrzę na Ciebie i czuję się jeszcze szczęśliwszy, bo ty też spełniasz swoje marzenie. W tym samym czasie. Przypadek? Nie sądzę. Noszą nas obu na rękach, to dzięki nam dzisiaj jest wielki dzień dla całej Austrii. Ściskamy się, uśmiechamy, cieszymy. Media szaleją na punkcie naszej przyjaźni, a jutro w gazetach jedyne co będzie można zobaczyć to nasze zdjęcia po konkursie.
Po ceremonii dekoracyjnej i innych technicznych czynnościach wracamy do naszego pokoju. Wykończony, ale szczęśliwy rzucam się na łóżko z nareszcie szczerym uśmiechem na ustach. Nie mija pięć minut jak do naszego pokoju wpada Fettner i mówi:
- Za pół godziny wybieramy się do Half Moon, idziecie z nami?
- Po co się pytasz, wiadomo, że tak! - odpowiadasz, a Manuela chwilę potem już nie było.
Nie mam ochoty na clubbing - to nie są moje klimaty. Wolę miły wieczór wśród znajomych niż głośną dyskotekę. No ale nic nie zrobisz, jak nie pójdę to będzie jeszcze gorzej. Biorę szybki prysznic. Ubieram się w jakąś koszulę, jeansy i spryskuję się perfumami.
Diethart wysyła snapy czegokolwiek popadnie do wszystkich, Schlieri nieudolnie używa swojego uroku osobistego na jakiejś laluni, Ty wyciągasz nawet niezłą dziewczynę na parkiet. A mi się chyba nie za bardzo widzi to obserwować. Nie mogę na to patrzeć. Przytłacza mnie to i mam szczerą nadzieję, że nikt tego nie zauważy. Chyba powoli zaczynasz być w tym mistrzem, co nie Hayböck?
Podchodzę do baru. Jeden drink, drugi drink i kolejny, kolejny kolejny. W końcu mam prawo dzisiaj do świętowania, co nie? Małe piwko po zawodach mnie dzisiaj nie zadowoli.
Alkohol robi swoje. Jestem o wiele bardziej śmiały niż zwykle i chyba nie do końca wiem co robię. Poznaję jakąś dziewczynę. Nawet imię od razu zapamiętuję - Agnes. Rozmawiamy, stawiam jej drinka. Wychodzimy na parkiet, tańczymy. Muszę jej przyznać, że nawet nieźle się rusza. Widać po niej, że jest tutaj częstym gościem. W końcu lądujemy w rogu sali obściskując się. Ale ja tego nie czuję, nie czerpię z tego jakiejś przyjemności. Rozum przychodzi do głowy, odrywam się od niej i oznajmiam, żeby zapomniała o tym, co się wydarzyło. Sorka Agnes, może w jakimś innym, normalniejszym życiu.
Sytuacja jest chora. Wiadomo, że każda poleciałaby na szklany wazon, co go dzisiaj do pokoju ze skoczni przyniosłem. Próbowałem już z kilkoma dziewczynami się spotykać, chodzić, być - nic nie zadziałało. I tak jest znowu. Wracam do tego okropnie przerażającego punktu wyjścia.
Reszta chłopaków już nieźle wkręciła się w klimat tego miejsca. Niech sobie jeszcze potańczą, a ja w międzyczasie cichaczem opuszczam klub. Mam ochotę na samotny, oczyszczający głowę spacer. Krążę wokół Bischofshofen lekko już chwiejnym krokiem. Przechodząc obok skoczni przypominają mi się wydarzenia z przed kilku godzin i błogo się uśmiecham. Do tego piękne, gwieździste niebo dopełnia całą scenerię. Nadal nie dowierzam w to wszystko co dzisiaj osiągnęliśmy. Te przyjemne myśli pozwoliły mi zapomnieć o problemach. A może po prostu procenty na to pozwalają?
Trochę mi już się zimno zrobiło - w końcu jest początek stycznia, więc postanawiam wrócić do naszego mieszkania, nie wiedząc, jak dużo czasu już minęło.
Wchodzę, klucze rzucam na stół, kurtkę rzucam na kanapę, a buty ceremonialnie rozwalam przy drzwiach, i gdy wchodzę do sypialni, chcąc się już położyć, zamurowuje mnie. W moment trzeźwieję. Widzę Cię z tą laską jak się grzmocicie na moim łóżku. Szybko zarzucacie na siebie kołdrę, a ja wychodzę z pokoju z dużym impetem.
Może nie tak gwałtownie, co? Normalnych ludzi by to aż tak nie zdenerwowało. Nie zapominasz się?
Nic nie wiesz. Myślisz, że znasz mnie na wylot. W końcu jesteśmy przyjaciółmi, nieprawdaż? Ale nic nie wiesz o tej największej mojej tajemnicy. Nikt jej nie zna. Bo się jej cholernie boję. Boję się, że się odsuniesz, że odejdziesz, że zniszczę wszystkie nasze więzi.
- Michi, przepraszam, głupio wyszło...
- Dobra, zapomnijmy o sprawie, okej? Dobranoc.
Spędziłem noc pod kocem na kanapie. Nie spałem. Flirtowałeś z dziewczynami w klubach, ale nigdy jeszcze do niczego nie doszło. Nigdy nie widziałem cię, jak całowałeś się z kimś, a tym bardziej to, co się działo niedawno na moim łóżku.
Co ty sobie Hayböck myślałeś, co? Że będzie singlem do końca życia? Kiedyś musiało to nastąpić. Ale nie jesteś na to gotowy.
To mnie przerasta. Za wiele emocji naraz. Od skrajności w skrajność. Gdy słońce zaczyna powoli wschodzić, usypiam.
Budzi mnie zapach świeżo zaparzonego espresso. Wiesz, że uwielbiam je wypić do śniadania. Chyba nie przekroczyłem wczoraj granicy, głowa nie pęka, Sahary nie ma w ustach. Wlepiam sobie na twarz uśmiech numer 5 i wstaję z kanapy. Przewijam się przez kuchnię i witam się z Tobą. Idę po świeże ubrania do pokoju i widzę, że zmieniłeś mi pościel. Na wspomnienie o wczorajszym wieczorze się krzywię, ale cieszę się, że o tym pomyślałeś.
Po porannej toalecie wracam do kuchni. Zapominam na chwilę o mojej masce, pytasz:
- Co jest Michi?
- Nic, wszystko jest okej - odpowiadam.
Ty kłamczuchu.
- Jeśli chodzi o wczoraj to cię przepraszam, nie kontrolowałem tego, że jestem na łóżku po drugiej stronie pokoju, nie myślałem o tym, po prostu najzwyczajniej na świecie zapomniałem.
- Daj spokój, Stefan! Nic się nie stało - moja maska powróciła.
- Okej, robię sobie jajecznicę, zrobić więcej dla ciebie?
- Bardzo chętnie - rzucam, po czym wypijam esspreso, biorę gazetę i rozsiadam się w fotelu, czekając na moje śniadanie.
Ale ty zamiast rozbijać jajka na patelni, przez chwilę wpatrujesz się we mnie. Zaraz potem słyszę z twoich ust, gdy cicho mówisz pod nosem do siebie "Cholera jasna, po co mi to wszystko było?".
___________________________________________
Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, że czerpię inspiracje na tytuły rozdziałów z zeszytu od edb.
Ale mam nadzieję, że się podoba. Chyba już wiadomo, kim jest druga postać. Jakby co - ostrzegałam, że będzie kontrowersyjnie.
Pozdrawiam, Wasza marche.
Szczerze mówiąc, to nie lubię ani Haybocka, ani Krafta, ale takie opowiadania to ja po prostu kocham, więc zostaję tutaj na dłużej, zwłaszcza, że zaczyna się interesująco ;)
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny rozdział :)
pozdrawiam ;*